Chat with us, powered by LiveChat
×Drogi Użytkowniku, przez dalsze aktywne korzystanie z naszego Serwisu (scrollowanie, zamknięcie komunikatu, kliknięcie na elementy na stronie poza komunikatem) bez zmian ustawień w zakresie prywatności, wyrażasz zgodę na przechowywanie na urządzeniu, z którego korzystasz tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie Twoich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania przeze Ciebie z serwisów internetowych Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych oraz innych parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach analitycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Jeżeli nie wyrażasz zgody na używanie przez nas cookies powinieneś zablokować ich zapisywanie na swoim urządzeniu zmieniając ustawienia swojej przeglądarki lub opuścić tę stronę. Aby uzyskać więcej informacji na temat plików cookies i przetwarzania danych osobowych, zapoznaj się z naszą polityką prywatności i zasadami dotyczącymi plików cookies.

Długi termin i dywersyfikacja, czyli siła doświadczenia

Skomentuj artykuł
William W. Potter

Stan rynku jaki jest każdy widzi. WIG20 zbliża się wielkimi krokami do poziomu covidowych dołków z 2020 roku. Ten sam indeks wyceniany w dolarze jest już dużo niżej. A wszystko to wpisuje się w niezwykle pesymistyczne otoczenie gospodarcze z galopującą inflacją na czele. Niby się wszyscy spodziewaliśmy, że będzie tak wysoka, ale jednak każdy chyba liczył, że tak wysokich poziomów to jednak nie osiągniemy. Do tego należy dołożyć spowolnienie gospodarcze, które jest widoczne już nawet nie w danych, ale po prostu w codziennym życiu.

 

W tym całym otoczeniu każdy inwestor próbuje się jakoś odnaleźć i zarządzać własnym portfelem. Ileż to słyszy się pytań od początkujących inwestorów (albo nawet nie inwestorów, tylko zwykłych ludzi, którzy po latach dostrzegają inflację podczas zwykłych codziennych zakupów) jak pokonać inflację? W przewidywalny sposób? Oczywiście się nie da. Inflacja jest tak wysoka, że celem większości inwestorów powinno być chociaż minimalizowanie strat, a nie inwestycje z celami powyżej 16%.

 

🟢 Zobacz też: Jak ochronić finansową poduszkę bezpieczeństwa przed inflacją?

Portfel odporny na wstrząsy

Czas na osobisty wątek. Otóż przy tej całej mizerii na rynkach mój osobisty portfel, w zasadzie od wielu miesięcy, stoi w miejscu. Wiem, tracę realnie, bo jest wysoka inflacja, ale patrząc na kształt polskich indeksów, to uważam, że wynik „na zero” w ostatnich wielu miesiącach jest bardzo przyzwoitym rezultatem. Mało tego, patrząc historycznie, mój portfel jest zdecydowanie mniej zmienny niż główne indeksy. Co prawda zarabiam mniej podczas hossy, ale także dużo mniej tracę podczas bessy na rynkach.

 

I teraz najważniejsze pytanie, jak to zrobiłem, jak można zbudować portfel odporny na takie zawirowania jak te, że WIG20 od początku roku traci 34%, a liczony w dolarze aż 43%. Oczywiście nie ma na to żadnej powtarzalnej recepty. To nie zadanie z matematyki, że można podać sposób i już nigdy nie pomylić się przy rozwiązywaniu kolejnych równań kwadratowych. Ekonomia nie jest nauką doświadczalną, tylko rzeczywistość zawsze zachowuje się trochę inaczej. To co zebrałem poniżej to zbiór ogólnych zasad, które przez lata wprowadzałem, które w moim przypadku się sprawdzają, a które dzisiaj pozwalają mi z ogromnym spokojem spoglądać na wartość mojego rachunku maklerskiego.

Doświadczenie rozłożone na czynniki pierwsze

Jak się chwilę zastanowiłem, to sprowadziłbym zarówno konstrukcję takiego długoterminowego portfela, jak i moje  codziennie zachowania na rynku do jednego sformułowania: doświadczenie.

 

Dużo dało mi do myślenia pytanie jakie Radek Chodkowski (znany jako Humanista na Giełdzie) zadał jakiś czas temu na Twitterze i moja odpowiedź poniżej.

 

 

Tak właśnie, doświadczenie. Jestem już tak długo na rynku, że takich krachów, spadków, długotrwałej zniechęcającej bessy, to ja już trochę przeżyłem. To powoduje, że ja się po prostu dużo mniej denerwuję, dużo mniej odczuwam emocje, co nie znaczy, że ich nie odczuwam, bo to niemożliwe. A to pozwala mi w miarę racjonalny sposób przetrzymywać wszystkie bardzo krytyczne momenty na rynku. Mało tego, często wykorzystuję takie okazje, żeby powoli dobierać różne instrumenty do portfela, które cała lata wydawały mi się za drogie. Teraz w końcu są tanie, więc kiedy jak nie teraz.

 

Spróbowałem rozłożyć na części pierwsze swój sposób inwestowania. Nie gwarantuje on oczywiście tego, że będę zarabiał na giełdzie mnóstwo pieniędzy (jakby tak było, to bym pisał ten tekst z jakiejś ciepłej wyspy, a jednak nie piszę). Daje mi on jednak spokój, że może nie dostanę zawału serca przed emeryturą, a i umiarkowaną pewność, że na tę emeryturę uda mi się coś odłożyć

Głęboka dywersyfikacja lokalna i kupowanie za małe kwoty

Mam bardzo posiekany portfel. Wiele akcji mam kupionych za przysłowiowe drobne. Ma to swoje dobre jak i złe strony. Z jednej strony czasami jak „trafię”, to jestem na siebie zły, bo przecież jakbym kupił te same akcje za większe pieniądze, to dzisiaj byłbym porządnie zarobiony. Z drugiej jednak strony, ileż to razy sam sobie dziękowałem, że kupiłem dane akcje za niewielkie pieniądze, kiedy to akurat nie trafiłem. Więc jak mam na dwóch rękach żal, że nie zarobiłem pieniędzy i jednocześnie ulgę, że tylko tak mało straciłem w porównaniu do sytuacji, gdzie odczuwam ogromną satysfakcję, że zarobiłem dużo pieniędzy, ale jednocześnie mogę odczuwać ogromny ból przy stracie dużych pieniędzy, to zdecydowanie wybieram ten pierwszy scenariusz.

 

 

Scenariusz 1

Kupowanie za małe kwoty, „za drobne”

Scenariusz 2

Kupowanie za duże kwoty

Akcje rosną

Żal, że kupiłem za tak mało

Satysfakcja, bo zarobiłem naprawdę spore pieniądze

Akcje spadają

Ulga, że kupiłem tylko za tak mało

Ból, porównywalny do fizycznego bólu, bo straciłem dużo pieniędzy

 

Kupuję wobec tego wiele walorów, ale za umiarkowanie nieduże pieniądze. Ta dywersyfikacja bardzo mi teraz „płaci” w obecnej sytuacji rynkowej. Mam w portfelu nawet część spółek z WIG20, który teraz szoruje po dnie, na których jestem na głębokim minusie, tylko co z tego, jak stanowią one znikomą część mojego portfela.

Dywersyfikacja globalna

Nie będę ukrywał, początek wojny w lutym tego roku zaskoczył mnie kompletnie. Zrobiłem szybki rachunek tego co mam w portfelu i nie musiałem długo dedukować, żeby dostrzec, że wszystko co mam jest wyceniane bezpośrednio w polskim złotym, czy to akcje, ETF-y, czy nieruchomości. Mam zresztą wrażenie, że nie jestem jedyny i wielu polskich inwestorów przechodzi w ostatnim okresie przyspieszony kurs inwestowania globalnego. Każdemu z nas zapaliła się lampka ostrzegawcza, że prawdopodobnie mamy zbyt dużo aktywów, w zbyt niestabilnym politycznie państwie, w kraju, który leży zbyt blisko granic gdzie toczą się działania wojenne.

 

🟢 Zobacz też rozmowę z Traderem 21 z konferencji WallStreet o dywersyfikacji globalnej polskich inwestorów

 

Mimo tego, że od lutego minęły niezbyt dużo czasu, to i tak udało mi się już częściowo zdywersyfikować portfel, w kierunku większego udziału aktywów zagranicznych. Pojawiły się w nim pierwsze ETF-y na rynek globalny oraz już konkretnie na rynek amerykański i chociaż procentowo nie mam jeszcze tych walorów dużo, to już teraz zauważam pozytywny skutek tej dywersyfikacji w ogólnej wycenie portfela. Nie dość, że rynki zagraniczne rynki tąpnęły zdecydowanie mniej niż polski, to jeszcze do tego korzystam na wzroście kursów dolara oraz euro. Jak zwykle szkoda, że nie postępuję tak od lat, ale cóż, każdy inwestor uczy się całe życie.

 

Należy tu nadmienić, że my Polacy mamy bardzo silny ten home-bias, a to dlatego, że mimo wszystko mamy dosyć silny rynek kapitałowy. My uwielbiamy kupować nasze polskie akcje, nasz polski Orlen, czy CD Projekt. Przez to też, patrząc na ten nieszczęsny WIG20, sporo inwestorów mogło w długim terminie zniechęcić się do inwestowania na giełdzie, bo tu się naprawdę trudno zarabia. Dla porównania nasi sąsiedzi, np. Czesi, czy Słowacy, są skazani na inwestowanie globalne praktycznie od początku. Tam po prostu lokalny rynek kapitałowy niemalże nie istnieje, więc każdy kto chce inwestować musi szukać możliwości za granicą.

Przede wszystkim spółki dywidendowe

To jest mój kolejny sposób na to, żeby osładzać sobie trudną codzienność inwestowania. Prowadzę od lat takie zestawienie ile łącznie przez cały rok otrzymuję dywidend z różnych spółek. Powoduje to, że czasami mało mnie interesuje, czy ja jestem na jakiejś inwestycji zarobiony, czy nie. Satysfakcjonują mnie bowiem regularne przepływy pieniężne z danej spółki, czy też patrząc bardziej ogólnie z całego portfela. To naprawdę niezwykle osładza wyboiste życie inwestora, kiedy dosłownie co chwilę na jego rachunek wpływa większa bądź mniejsza gotówka. Daleko nam co prawda do amerykańskich standardów, gdzie znakomita większość spółek płaci dywidendę w cyklu kwartalnym (u nas na GPW robi to tylko jedna IFIRMA), ale odpowiednio duża liczba spółek w portfelu pozwala prawie ten efekt częstych dywidend zasymulować. Nic tak dobrze nie działa na moją psychikę niż kolejny przelew od jednej z moich ulubionych spółek. Ponadto te regularne dywidendy pozwalają czasem (tak się dzieje np. teraz) zasypać dziurę i spowodować, że wartość portfela jednak utrzymuje się na jakichś akceptowalnych poziomach. To oczywiście wymagało zbierania tych spółek przez długie lata, tego się nie da zrobić w pół roku, ale już chwilę na tym rynku przecież jestem.

 

🟢 Zobacz mój wykład o mozolnym ciułaniu dywidend na kanale Stockbroker TV

Tylko długi termin

Staram się większość moich inwestycji prowadzić na rachunkach IKE oraz IKZE. To powoduje kilka rzeczy, po pierwsze oszczędzam na podatkach. Zdarzają się lata, kiedy w ogóle nie muszę składać PIT-u 38, bo nie wykonałem na zwykłym rachunku żadnej transakcji. To z kolei powoduje, że nastawiam się automatycznie na długi termin, powstrzymuję się od aktywnej spekulacji. Tu oczywiście jest kilka powodów, po pierwsze pilnuję tego celu, czyli oszczędzania na emeryturę, a po drugie po tylu latach inwestowania na giełdzie ja już wiem, że nie jestem dobrym inwestorem długoterminowym. Wiem, że są tacy na rynku. Chciałbym tu gorąco pozdrowić Przemka Staniszewskiego, który wprost przyznaje, że to że inwestuje w Polsce, że zna dokładnie te spółki, którymi się zajmuje, że może czasami bezpośrednio się skontaktować z zarządami tych spółek, że może czasami wręcz osobiście poznać niektóre zarządy, to jest jego przewaga konkurencyjna, jego „super power”. O tych przewagach konkurencyjnych, czyli perfekcyjnej znajomości polskiego rynku i umiejętności wykorzystania tego można posłuchać w wywiadzie z Przemysławem Staniszewskim, który przeprowadził Przemysław Barankiewicz z Finaxa:

 

 

Ja wiem, że nie potrafię tego robić. Przyznaję się do tego wprost. Więc tego nie robię. Zresztą odkąd przeczytałem słynny cytat Charliego Mungera, że „inwestowanie nie polega na kupowaniu i sprzedawaniu, tylko na czekaniu” odkryłem, że wcale nie muszę być aktywnym inwestorem, żeby być dobrym inwestorem. Po wielu latach oczywiście mam w portfelu wiele niepotrzebnie przetrzymanych pozycji, gdzie dawno powinienem się poddać (wiem, że to błąd, mało profesjonalne, itd., ale tego też nie potrafię), ale z drugiej strony mam wiele super inwestycji, które tylko dlatego mam do dzisiaj, bo świadomie w swojej strategii kupuję spółki na długi termin, daję zyskom rosnąć i świadomie godzę się na to, że część z nich czasami zawróci i staną się pozycjami stratnymi. W długim terminie, statystycznie ten brak aktywności mi się opłaca, a co ważne jest zgodny z moim stylem inwestowania.

 

Ogólnopolskie Badanie Inwestorów

Każdy powinien mieć swój styl inwestowania

Inwestowanie to nie jest rozwiązywanie równań kwadratowych, gdzie nie ma za dużo swobody dla studenta, który musi podać prawidłowy wynik. Inwestowanie to jest konkurencja, gdzie pojęcie sukcesu jest pojęciem względnym i jednocześnie prowadzi do niego wiele dróg. Dla każdego znaczenie tych słów będzie inne. Dla jednego inwestora to będzie tylko ochrona środków przed inflacją, dla innego odłożenie pieniędzy na emeryturę, a dla jeszcze innego styl życia, hobby, potrzeba adrenaliny. Sposobów na dojście do celu też jest wiele i każdy inwestor powinien wypracować swój. Dla jednego będzie to super aktywna spekulacja (Uwaga, to jest trudne, czasochłonne i bardzo stresujące), dla kogoś innego, w tym mnie, najlepszym sposobem będzie systematyczne, powolne ciułanie spółek dywidendowych, reinwestowanie dywidend, kupowanie ETF-ów (choćby dlatego, że nie można na nich zbankrutować), czy to polskich, czy aktualnie coraz więcej zagranicznych. Jedyny problem jest taki, że to doświadczenie, o którym jest mowa wypracowuje się latami. Ale potem można ze spokojem patrzyć na takie zawirowania rynkowe jakie są teraz i z ogromnym spokojem patrzyć na wartość swojego, niezwykle mało zmiennego, rachunku.

 

🟢 Więcej o budowaniu doświadczenia, o tym jak nie czuć się idiotą na rynku i o budowaniu doświadczenia miałem okazję powiedzieć na kanale Doradca TV u Tomka Jaroszka

Autor artykułu

 

Michał Masłowski Michał Masłowski

Wiceprezes Zarządu Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Doktor nauk ekonomicznych Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu. Wykładowca akademicki na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu oraz pracownik Katedry Badań Operacyjnych na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu w latach 2000-2008. Przewodniczący Rady Nadzorczej spółki IFIRMA SA. Organizator kilkudziesięciu konferencji WallStreet i Profesjonalny Inwestor. Autor podcastów Echa Rynku (zawodowo) i MacGadka (hobbystycznie).