
Indeks Nastrojów Inwestorów jest cotygodniowym badaniem przeprowadzanym przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych pod patronatem serwisu Wyborcza.biz i Gazety Wyborczej.
Mierzy procent inwestorów byków, niedźwiedzi i neutralnych odnośnie kierunku rynku giełdowego przez następne 6 miesięcy.
Członkowie i sympatycy SII mogą oddać cotygodniowo tylko jeden głos.
----------
Wyniki INI z ubiegłych tygodni - Trend na giełdzie przez następne 6 miesięcy będzie:

W badaniu bierze już udział ponad 350 inwestorów tygodniowo! Dziękujemy serdecznie za wszystkie głosy.
----------
Głosuj zalogowany i wygrywaj nagrody!
Każdy oddany głos to 5 punktów SII.
(*przed wzięciem udziału w badaniu należy się zalogować, inaczej głos jest anonimowy)
Jeśli chcesz zamieścić powyższą sondę na swoim serwisie internetowym prosimy o kontakt mailowy - lporebski@sii.org.pl
Wyniki historyczne INI (stan na 17 maja 2012 r.)
----------
Na Wall Street mówi się „sell in May and go away” (sprzedaj w maju i uciekaj). Tym razem jednak, tak jak i we wszystkich latach hossy XXI wieku za wyjątkiem maja w 2006 roku zastosowanie się do tego powiedzenia nie przyniosło posiadaczom akcji sukcesów. Inaczej wyglądał sytuacja na rynku walutowym, surowców i obligacji, ale tych rynków to powiedzenie nigdy nie dotyczyło.
Niesamowite było przede wszystkim to, że giełdy całkowicie zlekceważyły ostrzeżenie Rezerwy Federalnej z Nowego Yorku. Analitycy tego oddziału Fed twierdzą, że funduszom hedżingowymi zagraża kryzys porównywalny do tego z 1998 roku, kiedy to upadek funduszu LTCM (Long-Term Capital Management) zagroził całemu globalnemu systemowi finansowemu. W opracowaniu Fed zwrócono przede wszystkim uwagę na to, że szybko rośnie korelacja między różnymi funduszami, z czego należy wyciągnąć wniosek, że stosują one podobne strategie inwestycyjne koncentrując ryzyko w niewielu obszarach. W przypadku rozpoczęcia korekty cały ten rynek może się w tym samym czasie załamać. Już od bardzo dawna nie widziałem takiego zaślepienia graczy, którzy nie zwracają uwagi nawet na bardzo groźnie brzmiące ostrzeżenia Fed.
Indeksy gwałtownie rosły, DJIA ustanawiał rekord za rekordem, a S&P 500 szybkimi krokami zbliżał się do poziomu rekordu wszech czasów. Głównym paliwem dla tego wzrostu (oprócz oczywiście nadmiaru kapitału) były informacje o fuzjach i przejęciach, których w maju pojawiło się niezwykle dużo. Takie akwizycje zwiększają w inwestorach poczucie bezpieczeństwa, bo uważają oni, że skoro tacy giganci biznesu kupują udziały w firmach to akcje są tanie. Tyle tylko, że giganci też bardzo często się mylą (tak jak w końcu XX wieku, kiedy to przed załamaniem też pojawiało się mnóstwo informacji o fuzjach i przejęciach), ale mało kto bierze to pod uwagę.
Indeks S&P 500

Dane makro nie przeszkadzały we wzrostach indeksów. Były bardzo niejednoznaczne, ale wzrosły indeksy Fed z Filadelfii i Nowego Jorku oraz indeksy instytutu ISM opisujące sytuację panującą w poszczególnych sektorach gospodarki. To dawało graczom nadzieję na poprawę sytuacji. Również dane o inflacji były dla rynku korzystne. Słaba była jednak sprzedaż detaliczna, a to przecież popyt wewnętrzny w 2/3 decyduje o wzroście PKB w USA.
Bardzo słabe były przede wszystkim dane z rynku nieruchomości. Okazało się, że co prawda w kwietniu rozpoczęto o 2,5 procenta więcej budów domów niż miesiąc wcześniej (oczekiwano spadku), ale ilość udzielonych zezwoleń na budowę domów spadła aż o 8,9 procenta. Spadek ten jest największy od 17 lat, a sama liczba pozwoleń najmniejsza od lat dziesięciu. Jednak sprzedaż nowych domów wzrosła aż o 16,2 procenta i oczywiście znaleźli się ekonomiści i komentatorzy, którzy odtrąbili koniec kryzysu. Zdecydowanie przedwcześnie to zrobili, bo mediana ceny sprzedaży spadła aż o 11 proc. Proszę wyobrazić sobie, co by się działo w Polsce, gdyby nagle mieszkania staniały o 10 procent (dwupokojowe mieszkanie w Warszawie o około 50 tys. złotych), a wszyscy wokół zapewniali, że już w końcu roku będą znowu drożały. Sprzedaż domów na rynku wtórnym spadła w kwietniu o 2,6 procenta do poziomu najniższego od 4 lat. Nieznacznie spadła też mediana cenowa (0,8 proc.), ale nie ma nic za darmo – aż o 10,4 proc. m/m i 23 procent r/r wzrosły zapasy niesprzedanych domów. Z raportów o sprzedaży domów wynika, że duży spadek ceny (nowe domy) zmniejszył trochę zapasy domów na sprzedaż, bo deweloperzy o prostu spuścili z tonu. Prywatni właściciele domów upierają się jednak ciągle przy wysokich cenach i dlatego rosną zapasy niesprzedanych domów i spada realna sprzedaż.
Duży spadek ceny domów jest bardzo złą informacją dla gospodarki, bo przecież „poczucie bogactwa” nie zależy od tego ile deweloperzy sprzedadzą domów, a od tego ile kosztuje dom, który ja kupiłem. Ekonomiści ocenili, że takie dane zapowiadają słaby wzrost PKB również w drugim kwartale, ale nikogo to specjalnie nie zaniepokoiło. Taniejące domy są szczególnym zagrożeniem wtedy, kiedy cena benzyny bije rekordy. Drożejąca benzyna uderza, w i tak już przestraszonego sytuacją na rynku nieruchomości, konsumenta amerykańskiego ograniczając jego wydatki i mocno szkodząc gospodarce. Nic dziwnego, że Izba Reprezentantów Kongresu USA opowiedziała się za surowym karaniem tych, którzy dopuszczają się nieuzasadnionego zawyżania cen benzyny i innych paliw. Gospodarka podobno super-liberalna, a chce karać „spekulantów”. Przypomina mi to czasy realnego socjalizmu w Polsce.
Rynki są w fazie euforycznego wzrostu, kiedy to złe informacje są lekceważone, a dobre wyolbrzymiane. Taki stan może się utrzymać również w czerwcu, ale zalecam zwrócenie specjalnej uwagi na rynek obligacji, których rentowność w maju wzrosła podążając w kierunku 5 procent (dla obligacji 10 – letnich). W maju 2006 roku to właśnie rosnąca rentowność obligacji amerykańskich wywołała w końcu dużą korektę podczas której spadały indeksy na całym świecie, a WIG20 stracił 25 procent. Gdyby rentowność pokonała (w układzie tygodniowym) poziom pięciu procent, a najlepiej 5,25 procenta to wybiłaby się w górę z dwudziestoletniego kanału trendu spadkowego, co dałoby silny, techniczny sygnał sprzedaży obligacji (im niższa cena tym wyższa rentowność) i doprowadziłoby do dużego spadku giełdowych indeksów. Można więc powiedzieć, że, paradoksalnie, im lepsze będą dane makro tym gorzej dla akcji.
Rentowność obligacji 10 - letnich w USA

Dziwić mogło trochę, że tak niejednoznaczne dane (szczególnie to, że inflacja nie była duża) nie przeszkodziły w umocnieniu dolara, ale wytłumaczyć to można nie tylko wzrostem rentowności obligacji. Również pomagało amerykańskiej walucie osłabieniem jena (które zresztą wspomagało proces carry trade korzystny dla rynków akcji) wynikające ze słabszych od prognoz opublikowanych w Japonii danych makro. Przede wszystkim chodziło o mniejszy od prognoz wzrost PKB w pierwszym kwartale i weryfikację w dół wzrostu PKB w czwartym kwartale. Bank Japonii nie podniósł stóp i zapewne nie uczyni tego do czwartego kwartału tego roku. Poza tym sprzyjały dolarowi informacje dochodzące z Chin. W maju Ludowy Bank Chin rozszerzył dopuszczalne widełki wahań juana z 0,3 do 0,5 procenta i podniósł kolejny raz stopy procentowe (do 6,57 proc.) i rezerwy obowiązkowe banków (do 11,5 proc.). Takie decyzje umacniały dolara, bo rynek spodziewa się, że mocny juan ograniczy deficyt handlowy w USA. Według mnie takie oczekiwania są mało realistyczne, bo po pierwsze Chiny nie pozwolą na bardzo szybkie umacniania swojej waluty, a po drugie nieco mocniejszy juan może i podniesie ceny chińskiego eksportu, ale to co najwyżej zwiększy inflację w USA, niewiele jedynie redukując deficyt handlowy.
Kurs EUR/USD

Umocnienie dolara niejako automatycznie przełożyło się na ceny surowców. Złoto staniało opuszczając kanał trendu wzrostowego, co generuje sygnał sprzedaży. Jeszcze gorzej zachowały się kontrakty na miedź. Na wykresie widać, że powstała nieregularna formacja podwójnego szczytu, co traktowane jest jako sygnał sprzedaży i zapowiada dłuższą korektę. Spadła również cena ropy, mimo że rynek powinien się zacząć bać nadejścia sezonu wakacyjnego. Cena baryłki porusza się w trendzie bocznym 62 – 66 USD, a pokonanie jednego z tych ograniczeń pokaże rynkowi kierunek.
Miedź

Ropa

Polskie rynki finansowe nie do końca odbijały światowe trendy. GPW, szczególnie na początku miesiąca zachowywała się zdecydowanie gorzej niż inne rynki światowe. Szkodziły publikowane w tym okresie raporty kwartalne spółek. Nie będę ich omawiał, bo wszędzie można spotkać przeróżne analizy. Wspomnę tylko, że z jednej strony (tej bardzo pozytywnej) był sektor bankowy, a z drugiej sektor surowcowy (szczególnie złe wyniki opublikował Lotos i PKN). Reszta spółek prezentowała bardzo różne raporty, ale jeśli spojrzy się na WIG20 to można powiedzieć, że jedynie banki go ratowały. Wątła to podstawa do dalszych wzrostów, bo właśnie sektor bankowy jest szczególnie mocno przewartościowany. Na osobne potraktowanie zasługuje sektor budowlany. Przychody spółek wzrosły o 45 procent, ale zysk operacyjny spadł 50 procent. Gołym okiem widać, że rosnące ceny materiałów budowlanych i wyższe koszty pracy szkodzą temu segmentowi rynku. Widać też, że szaleńcze wzrosty cen akcji nie miały żadnego uzasadnienia fundamentalnego, ale nie przeszkodziło to indeksowi WIG i MWIG40 w biciu rekordów. Można powiedzieć, że rynek mniejszych spółek wszedł w euforyczną fazę hossy.
WIG20

MWIG40

Mówiło się, że ponieważ do TFI wpłynęło w kwietniu o 1/3 mniej pieniędzy niż w marcu, a zaangażowanie OFE jest ciągle bliskie ustawowemu ograniczeniu 40 procent to nasze fundusze mogą już rynku dużych spółek wyżej nie podnieść. W sytuacji, kiedy zagranica uważa nasze akcje za stanowczo za drogie polskie fundusze mają głos decydujący. Fundusze zagraniczne wycofały z rynków rozwijających się (za wyjątkiem Ameryki Południowej) 2 miliardy dolarów. W tym samym okresie zeszłego roku napłynęły 3 mld dolarów. Okazuje się też, że OFE w kwietniu pozbywały się akcji sprzedając je TFI. Interesująca jest odpowiedź na pytanie: co jest lepsze dla byków? W czyich rękach powinny być akcje, żeby zagrożenie poważną korektą było jak najmniejsze? Uważam, że TFI, w porównaniu do OFE są tak zwanymi „słabymi rękami”. Nie ze względu na kadry, czy umiejętności, bo o tym nie mnie sądzić. Jest jednak podstawowa różnica między OFE i TFI – z OFE nie można wycofać kapitału. W momencie, kiedy rozpocznie się poważna korekta (w końcu się przecież rozpocznie) OFE mogą sprzedawać akcje, ale będą się kierowały wyłącznie decyzjami swoich zarządzających. TFI mogą być dodatkowo zmuszane do pozbywaniu się akcji, jeśli Polacy ruszą do kasy. Na razie, dopóki trwa hossa to przesunięcie akcji nie ma żadnego znaczenia, ale niewątpliwie będzie pogarszało sytuację w czasie korekty.
Słabo zachowywał się polski złoty. Trzeba jednak zauważyć, że maj był pierwszym od stycznie miesiącem, kiedy to kursy walut wzrosły. W dalszym ciągu roczne kanały trendu spadkowego EUR/PLN i USD/PLN obowiązują i dopiero, gdyby USD/PLN pokonał poziom 2,92 PLN, a EUR/PLN poziom 3,87 PLN to można by zacząć mówić o tym, że rozpoczęła się większa korekta. Głównym winowajcom wzrostu kursów walut był spadek kursu EUR/USD. Nie wykluczam jednak również i tego, że strajkowa wiosna też przyczynia się do osłabienia naszej waluty. Podobnie zachowały się inne waluty regionu (np. węgierski forint), ale złoty był zdecydowanie najsłabszy.
EUR/PLN

USD/PLN

Raporty makroekonomiczne z całą pewnością trochę ekonomistów zaskoczyły, a złotemu nie pomogły. Dynamika produkcji wzrosła o 12,4 procenta, a oczekiwano wzrostu o około 16 procent. Wzrosła też sprzedaż detaliczna, ale tylko o 15,1 procenta. Oczekiwania były znacznie wyższe (19 – 20 procent). Jak widać dynamika wzrostu gospodarczego bardzo powoli, ale jednak maleje. Słusznie zwraca uwagę „Rzeczpospolita”, że dynamiczny wzrost wynagrodzeń może pod koniec roku może przekroczyć wzrost wydajności pracy, co doprowadzi do wzrostu inflacji i do spowolnienia wzrostu gospodarczego. Co prawda stopa bezrobocia spadła do 13,7 procenta (oczekiwano takiego spadku), ale warto jednak wspomnieć, że Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości orzekł, iż związki zawodowe mogą nawet fizycznie zablokować miejsce pracy, aby zmusić usługodawcę z innego kraju UE do stosowania lokalnych stawek płacowych. Wynika z tego, że na przykład w Irlandii czy w Niemczech, jeśli pracodawca, w którego firmie są związki zawodowe będzie zatrudniał Polaka to będzie mu musiał płacić tyle ile płaci Irlandczykowi czy Niemcowi. To może z czasem znacznie ograniczyć możliwości znalezienia pracy za granicami Polski, bo przedsiębiorcy nie skorzystają na zatrudnieniu obcokrajowca zamiast lokalnego pracownika. Tylko zawody, w których zdecydowanie brakuje rąk do pracy w innych krajach UE będą uprzywilejowane.
Niczego w obrazie rynków nie zmieniła publikacja danych o polskiej inflacji CPI. Zgodnie z prognozami dynamika wzrostu cen nieznacznie się zmniejszyła (z 2,5 do 2,3 proc.). Spadł też indeks przyszłej inflacji (WPI) publikowany przez BIEC (nie publikuję wykresu, bo strona im szwankuje i wykres zniknął). Instytut zwraca jednak uwagę, że ten spadek nie sygnalizuje, iż nie ma już presji inflacyjnej. Sytuacja jest niepewna, a wzrost lub spadek inflacji będzie zależał od wielu czynników (płace, zatrudnienie, ceny surowców). Nie ulega jednak wątpliwości, że wynagrodzenie szybko rosną (w kwietniu 8,4 proc.), a widząc, jaka jest presja społeczna należy zakładać, że będą nadal bardzo szybko rosły. To źle wróży inflacji w końcu tego roku, a co za tym idzie zwiększa prawdopodobieństwo podwyżek stóp. Jeśli złoty będzie nadal tracił, a ropa drożała (a co za tym idzie paliwa) to RPP może się na nie zdecydowanie szybciej zdecydować, a to zaszkodziłoby indeksom giełdowym.
Jeśli zaś chodzi o GPW to niepewność panująca na rynku dużych spółek (bijący rekordy MWIG40 to zupełnie inna historia) nie zmusi giełdy do rozpoczęcia korekty do momentu, kiedy to nie rozpocznie się duża korekta na rynkach zagranicznych. Przede wszystkim chodzi o USA, bo co prawda Alan Greenspan ostrzega, że rynek chiński czeka krach (zgadzam się z nim), ale duże fundusze od dawna ostrzegały przed krachem w Chinach i rynki się już z tą myślą oswoiły. Dużo więcej piszę na ten temat w swoim blogu (http://kuczynski.blogbank.pl). Nie da się przewidzieć, kiedy rozpocznie się korekta w USA, więc trzeba śledzić rynek amerykańskich obligacji. Jeśli ich rentowność rzeczywiście będzie rosła i przekroczy 5 procent to wszystkie rynki akcji wejdą w korektę. Wtedy też nadal będzie wzmacniał się dolar na rynkach światowych, co osłabi złotego i przeceni surowce.