Ta strona używa plików cookie. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej na ten temat. Zamknij

Czym jest SII?

Rynek mojego „ja”

© tonefotografia - Fotolia.com

Największym problemem tego, że nie zarabiamy na swoich prawdziwych talentach jest fakt, że nie wiemy, jakie talenty mamy. Sposób myślenia o sobie, nastawienie do ludzi oraz nieustannie zmieniającego się świata determinują nasz życiowy dobrostan.

 

W sieci z łatwością można wyszukać komentarze, blogi lub profile w mediach społecznościowych poświęcone „urokom” korporacji, których autorzy z rozgoryczeniem – szczerym, co nie ulega raczej wątpliwości – piszą o swojej codzienności w warunkach złowieszczego mordoru. Opisują świat, w którym podstawowe zasady współżycia społecznego są deptane, czy wręcz dewastowane przez nieodpowiedzialnych, kijo-marchewkowych managerów, dla których stara maksyma „po trupach do celu”, wcale nie wybrzmiała, choć z ich ust padają publicznie zupełnie inne deklaracje.

 

Wielu z takich autorów przysięga „rzucić to w diabły”, „odejść na swoje”, „zmienić swoje życie”. Haseł – jak na rewolucyjnych sztandarach – jest zawsze wiele. Ale jak niewielu potrafi to zrobić? Albo jeszcze prościej – ilu jest w stanie choćby zwrócić odważnie uwagę, że „tak nie można”? W większości przypadków, pobrzękiwanie słowną szabelką to szczyt twórczych możliwości. Po weekendzie, z bólem brzucha, wciąż wracają do swojej „fabryki”, bo przecież „lepszy znany wróg niż nieznany przyjaciel”.

 


  

Zobacz także:

 

  


  

A przyjacielem być dobrze, przede wszystkim dla siebie. Patrzenia oczami perspektyw i możliwości można się nauczyć. Warto, ponieważ w ten sposób tworzy się rynek własnego „ja”. Profesor Robert Gwiazdowski podczas jednego z wykładów powiedział „Umiesz robić frytki? Świetnie! Naucz się jeszcze angielskiego – będziesz mógł robić frytki na całym świecie i za lepsze pieniądze”. Sposób myślenia jest zawsze kluczowy, żeby zrobić coś dobrego dla siebie.

Inny prawdziwy przypadek. Do Polski przyjeżdża wykształcony obywatel jednego z państw Ameryki Południowej. Nie zna języka, a jego wykształcenie uniwersyteckie wymaga nowych uprawnień. Zostaje w kraju i zaczyna korzystać z tego, co ma do zaoferowania. Uczy hiszpańskiego – to oczywisty pierwszy krok. Drugi to kuchnia. W jego kraju gotuje się smacznie, a dla Polaków egzotycznie. Warto „sprzedać” swój talent. Trzeci krok to muzyka. Jest przecież obdarzony poczuciem rytmu. Umie tańczyć, więc może uczyć i tego. Zna się na muzyce latynoskiej – będzie DJ-em na imprezach w stylu „latino”. W krótkim czasie – nie znając dobrze języka i mając problemy z „poruszaniem się” w nowych realiach – osiąga znacznie więcej niż niejeden siedzący na etacie w korpo. Historia prawdziwa.

Podobno 1.

Podobno Polska to naród przedsiębiorczy. Podobno – ponieważ statystyki nie mówią wszystkiego. Owszem, w świecie IT należymy do światowej czołówki, wiele polskich start’upów ma wysoki potencjał zwrotu, mamy świetnych lekarzy i osiągnięcia w tak zwanych „nowych mediach” (gry komputerowe, animacje, interactive), prężny rynek hand-made, kapitalną branżę meblarską… Mamy prawie 2 miliony firm, a każdego roku kilkaset tysięcy Polaków zakłada nową działalność.

 

I tu trochę jak z dowcipem o Radio Erewań… To prawda, że mamy niecałe 2 miliony firm, ale tylko co trzecia zatrudnia jakiegoś pracownika, a niecałe 100 tysięcy zatrudnia więcej niż dziesięciu ludzi. To prawda, że Polacy zakładają firmy na potęgę, ale w wielu wypadkach jest to „przedsiębiorczość wymuszona”. Jeśli wierzyć Global Entrepreneurship Monitor (2012), to wymuszone było założenie około 40% firm. To prawda, że Polacy zakładają firmy, ale robią to częściej „z ostateczności” niż z poczucia celu, chęci, twórczego spojrzenia na świat i swoich możliwości. Albo jak powiedział kiedyś mój znajomy - „bo mi kazano”.

 

Rynek własnego „ja” to rynek znajomości siebie. Każdy będzie mocno indywidualny. Oczywistą kwestią jest, że najlepiej pracować w zawodzie zrodzonym z pasji. Wówczas cele są autentyczne, a zaangażowanie wystarczająco płomienne, by trzymać żar działania. Niedawno światu ujawnił się Mateusz M z Lublina. Prawdziwy lubelski Sztukmistrz. Do tej pory – anonimowo – robił filmy motywacyjne, które za pośrednictwem internetu oglądał cały świat. Dziś wiadomo kim jest – młodym mieszkańcem wschodniej Polski. I pasjonatem.  Prawdopodobnie z tą pasją będzie mu się dobrze żyło. Bo z anonimowego utalentowanego człowieka, stanie się cenionym, pożądanym montażystą.

 

Rynek własnego „ja” to nie kwestia wyboru między byciem przedsiębiorcą, a pracą na etacie. To kwestia zmiany postaw, spojrzenia na siebie, zrozumienia własnych silnych stron i tego, co możemy zaoferować od siebie innym. To również nie jest pytanie ile kosztuje nas taka zmiana? Pytanie jest inne - ile będzie kosztowało nas życie bez takiej zmiany?.  Poweekendowy powrót do „mordoru” jest gwarancją frustracji i dalszym obniżaniem własnej wartości, a te mogą mieć katastrofalne skutki dla naszego życia psychicznego i fizycznego. To w oczywisty sposób przekłada się na relacje z najbliższymi i otoczeniem zawodowym.

 

W Polsce optymizm wciąż jest towarem deficytowym, a dodatkowo często zastępuje go zwykła zawiść lub strach przed porażką. Czy to tylko opinia publicysty? Nie. Tak mówią badania. CBOS i PAP na jesieni ubiegłego roku powiedziały nam, że „Polacy postrzegają siebie również jako ludzi dobrych, serdecznych i przyjaznych. Do swoich mocnych stron zaliczają zaradność, przedsiębiorczość, operatywność…”

 

i fragmencik dalej

 

„W ocenie CBOS, na ciemniejszą stronę autoportretu Polaków – poza malkontenctwem – składają się m.in.: zazdrość i zawiść (8%), cwaniactwo i kombinatorstwo (8%), brak szczerości, fałsz, nieuczciwość i obłuda (3%)”. Ciekawa zbitka „przedsiębiorczość i operatywność” vs. „cwaniactwo i kombinatorstwo”.

 

Od 1989 roku Polska osiągnęła bardzo wiele jako kraj. Zarówno politycznie, gospodarczo, jak i wizerunkowo. Jednak – ponieważ optymizm jest deficytowy – wciąż łatwiej nam wskazywać mankamenty i zaniedbania niż cieszyć się z własnych osiągnięć. Politycznie wciąż wolimy rozliczać, niż budować, a społecznie nadal – nawet nieświadomie – wspieramy „kombinowanie” nadając temu typową i do tego pozytywną „polską cechę”. Wielkość szarej strefy w Polsce jest ogromna (około 25%). I choć wielu z nas opowiada się za „klarownością” przepisów, usług, współpracy, to nadal przyzwalamy społecznie na „pensję pod stołem”, wybieramy niewystawiających rachunków murarzy, glazurników i fryzjerów. Mówimy „Polak potrafi” i tego rodzaju powiedzonkami legitymizujemy to, czego oficjalnie nie akceptujemy. Polak podróżujący po Skandynawii chwali sobie spokój i bezpieczeństwo na drodze. Cieszy się później znajomym (sam słyszałem tę opowieść), jak to kierowcy w Norwegii zwracają innym uwagę na niebezpieczną, zbyt szybką jazdę. I ten sam Polak po powrocie do kraju dwukrotnie przekracza prędkość w terenie zabudowanym i ze śmiechem dodaje „że dlatego jeździ tak szybko, bo im krócej przebywa się na polskich drogach, tym jest bezpieczniej”.  Statystyki akcji typu „znicz” nie kłamią. Apele o trzeźwość na drodze ścierają się z zdaniem typu „No co ty, Zdzisiek, ze szwagrem się nie napijesz?”.

 

Cechy, które lubimy sobie żartobliwie przypisywać jako „narodowe”, czyli umiejętność kombinowania, cwaniactwo, spryt – a jednocześnie, które usprawiedliwiamy w działaniu (bo wszyscy tak robią) – obracają się w dłuższej perspektywie przeciwko nam. To nie sprytne kraje są bogate i zasobne w możliwości ale te, które umiały wykorzystać wiedzę obywateli i konsekwentnie, planowo, rozsądnie budowały silną gospodarkę. Polski nie było na mapie świata przez ponad 100 lat. Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, że sami sobie jesteśmy winni takiej sytuacji, ale znajdzie się spora grupa takich, którzy niekoniecznie żartem powiedzą, że to spisek „żydów, masonów”. A Robert Górski dodaje w kabarecie „…i pedałów”.

Podobno 2.

Podobno jesteśmy także jednym z najbardziej zapracowanych narodów świata. W tej kwestii pobiliśmy nawet samych Amerykanów i ich amerykański sen. Bo przecież, gdy się marzy to nie można spać. OECD w rankingu sprzed 2 lat umieściło nas na 5 miejscu wśród najbardziej zapracowanych, tylko znów należy wsypać łyżkę dziegciu. Pracowitość nie równa się efektywność. Z efektywnością w Polsce krucho. Daleko przed nami są i Holendrzy, i Duńczycy, i Norwegowie. A właśnie ci pracują najkrócej. Czym zatem się chwalimy? Nieefektywnym przepracowaniem?

 

A kwestia oszczędzania? Belgowie, Niemcy, Anglicy (i przedstawiciele wielu innych narodów) zaraz po rozpoczęciu pracy zawodowej, odkładają pieniądze na swoją emeryturę. Abstrahując od wyższych niż w Polsce zarobków – robią to, bo mają nawyk oszczędzania. W Polsce ten temat – a w szczególności temat oszczędzania na emeryturę – kojarzy się z polityczną przepychanką, a nie poważnym wyzwaniem. I to pomimo faktu, że problem emerytalny jest faktycznie poważny, a w kraju od lat dostępne są bardzo podobne (do zachodnich) produkty, z podobnymi możliwościami, rozwiązaniami hybrydowymi, które dają szansę na realne zabezpieczenie przyszłości. Oni działają – u nas mówi się „jakoś to będzie”. Znamy to co najmniej od „Pana Tadeusza”.  W Zaścianku przecież wieszcz napisał:

 

„Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,

Ja z synowcem na czele, i jakoś to będzie!”

Podobno 3.

Nie wierzymy w siebie. Jak można budować rynek własnego „ja”, jeśli nie wierzy się w siebie? To sprawa zbyt poważna i skomplikowana, żeby streścić ją w trzech lapidarnych zdaniach. Trudno jednak przemilczeć fakt, że ciągłe zmiany w systemie nauczania na wszystkich poziomach, a także przygotowanie pedagogiczne wielu nauczycieli pozostawia sporo do życzenia. I wpływa na sposób, w jaki funkcjonujemy na co dzień.

 

Polacy zaliczają się do narodów, które bardzo dobrze radzą sobie z językami obcymi (przede wszystkim z językiem angielskim, raport Education First English Proficiency Index 2015). Sami jednak tak o sobie nie myślimy. Wolimy dołować się swoim brakiem perfekcji. To nic, że potrafimy. Dla nas ważne jest to, czego nie potrafimy. To nic, że jesteśmy zrozumiani. Dla nas ważne jest to, że popełniliśmy głupi albo drobny błąd gramatyczny. Tak nas nauczono. Że albo ma być świetnie, albo wcale. W efekcie stronimy od swobodnej komunikacji bo boimy się braku płynności, wstydu, wyśmiania, błędów i obniżenia samooceny. Podobnie jest z przedsiębiorczością. Wiele osób nie decyduje się zostawić nieźle płatnej – ale destrukcyjnej wewnętrznie – pracy, żeby zarabiać na swoim talencie. Dlaczego? Ponieważ jeśli nie wyjdzie, to własna rodzina jako pierwsza złoży gratulacje jego „głupocie”. Bycie w cudzych oczach nieudacznikiem – choć oczywiście w tym przypadku należałoby powiedzieć prędzej o odwadze i chęciach – jest na tyle krępujące, że nie pozwala nam budować własnego rynku. Niestety, bliżej nam do wiary w cudzy obraz sukcesu, niż namalować swój własny.

Podobno można to zmienić

Badania pokazują, że Polacy dość często zmieniają pracę (średni poziom rotacji to 21% – w UE 19%), ale trudno powiedzieć, że nie boją się przebranżowień. Często myślimy o sobie w kategoriach „wyuczonego zawodu”, czyli skoro ktoś przepracował dziesięć lat w bankowości – tylko w bankowości się odnajdzie. Tymczasem nasz „arsenał” zawodowy jest często znacznie bogatszy, lecz zupełnie nieuświadomiony. Wystarczy zmienić perspektywę w myśleniu o swojej pracy, żeby znaleźć te umiejętności i cechy, które mamy już opanowane i które także w innych branżach pozwolą nam z satysfakcją wykonywać powierzone zadania. Różnorodność branżowa może być pozytywna – w wielu wypadkach zapewnia świeże spojrzenie na rutynowe czynności. Co więcej, człowiek bogaty o różne doświadczenia może antycypować zagrożenia i dawać impulsy do nowych kierunków rozwoju.

 

Budowanie rynku własnego „ja” to poniekąd układanie puzzli z własnych talentów, pragnień i marzeń. Będziemy robili to tym sprawniej, im lepiej wyobrazimy sobie końcowy obrazek i im bardziej w niego uwierzymy. Oczywiście sam talent nie wystarczy. Ale praca oparta na wykorzystaniu tego w czym jesteśmy dobrzy, wzmacnia wiarę w siebie i pcha ku dalszym możliwościom.

 

Faktem jest jednak, że aby zarabiać na swoim talencie (lub też talenty pomnażać, jak radzi Pismo), najpierw trzeba je poznać. Do tego konieczna jest świadomość swoich mocnych cech, poczucie wartości i chęć pracy nad sobą.

 


 

Komentarz dr. Leszka Mellibrudy

Podobno można…rozpoznać swoje talenty.

Czy ja mam talent?

 

Talent czy potencjał? Wrodzony czy wykształcony? – oto są pytania współczesnych wojowników poszukujących zwycięstwa w postaci różnorako rozumianego sukcesu. Gladiatorzy korporacyjni chętnie konsumują koncepcje uwalniania z siebie (w zależności od kontekstu) dobrotliwego lub wściekłego smoka, raz rozgrzewającego do czerwoności własny napęd i namiętność pasji, a przy innej okazji niszczycielsko połykającego niewygodne emocje, ludzi, wspomnienia i przeszłość.

 

Współcześnie pojęcie talentu funkcjonuje nieco odmiennie w przypadku młodzieży i ludzi bardzo młodych, szukających własnej drogi życiowej i najatrakcyjniejszych ścieżek do zaspokojenia istotnych potrzeb i samorozwoju. I inaczej w przypadku ludzi, którzy wkroczyli już na drabinę własnej kariery i chcieliby ją jak najszybciej przebyć, żeby nie powiedzieć „pokonać”.

 

Więcej zaangażowania – więcej produktywności – więcej poczucia szczęśliwości – trzy takie właściwości osobistego potencjału może rozpoznać u siebie każdy wypełniając płatny test talentów Instytutu Gallupa. Wypełniło go (Clifton StrenghtsFinder Form) już ponad 13 milionów ludzi poszukujących odpowiedzi (i diagnozy), który z 34 talentów jest im wrodzony lub przypisany. Niektórzy uważają, że jest to lista potencjalnych zasobów osobistych, poznanie której daje odpowiedź na dość zasadnicze pytanie (i ważne dla każdego): „Po co tu jesteś, czyli do czego zostałeś stworzony”. Na liście kluczowych talentów znajdują się takie właściwości pomocne w osiąganiu życiowego sukcesu jak: zdolności analityczne, bliskość, bezstronność, osobisty czar, elastyczność, empatia, rywalizacja, rozwijanie innych, uczenie się, wizjonerstwo, wiara w siebie, itp.

 

Oczywiście metod diagnozowania własnych – jawnych i ukrytych talentów jest sporo. Podobnie jak równie wiele jest sposobów rozumienia pojęcia „talent” i motywacji do jego rozpoznawania lub doskonalenia. Dla niektórych talent, to pasja, radość spełnienia w dążeniu do doskonałości i poczucie sensu. Dla innych to okazja do ukazania światu własnej wyższości, przewagi i niezwykłości. Tym pierwszym najczęściej towarzyszy pot i łzy, tym drugim próżność oraz (wcześniej lub później) rozczarowanie. Dla wszystkich jednak subiektywne poczucie posiadania talentu (niezależnie od „obiektywnego” faktu jego występowania) jest źródłem natchnienia, siły i determinacji – a to zwykle są wystarczające okoliczności zdobywania szczytów, niezależnie na jakiej wysokości.

 

dr Leszek Mellibruda – psycholog biznesu, ekspert medialny, szkoleniowiec. Autor wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych, wykładowca akademicki. Od wielu lat realizuje z powodzeniem programy coachingowe dla managerów i korporacji. 

 


  

Ten artykuł ukazał się w Akcjonariuszu 1/2016

 

Zobacz również:

09.11.2017, Aktualności

Agnieszka Gontarek Człowiekiem Corporate Governance 2017

09.11.2017, Aktualności

Agnieszka Gontarek Człowiekiem Corporate Governance 2017

Człowiekiem Corporate Governance 2017 została Agnieszka Gontarek – Prezes Zarządu BONDSpot SA, która swoją pracą zawodową przyczyniła się do budowy i rozwoju ładu korporacyjnego w Polsce.

Zobacz więcej

17.11.2017, Newsroom

Grupa Azoty osiągnęła w III kw. historyczny zysk EBITDA na poziomie 255 mln zł

17.11.2017, Newsroom

Grupa Azoty osiągnęła w III kw. historyczny zysk EBITDA na poziomie 255 mln zł

Spółka pochwaliła się poprawą wyników finansowych w III kw. 2017 roku. Na poziomie zysku EBITDA wszystkie segmenty działalności wykazały dodatnią kontrybucję.

Zobacz więcej

Rynek mojego „ja”